Image Image Image Image Image
Scroll to Top

To Top

Aktualności

23

Gru
2016

In Aktualności

By Leon Film

Zobaczyć Wołyń

On 23, Gru 2016 | In Aktualności | By Leon Film

Trzeba oddać sprawiedliwość Wojtkowi Smarzowskiemu: zrobił obraz wielki, wspaniały, mistrzowski. Ułożony z pięknych kadrów i sugestywnych scen.

Reżyser opowiada tak, jak uczą w każdej szkole filmowej: obrazami, sekwencjami, kamerą. Nie ma tu bodaj jednego dialogu, w którym ścierałyby się racje, który tłumaczyłby historię. Są tylko zwykłe krótkie codzienne rozmowy.

Agonia Wołynia opowiedziana jest z perspektywy małej wsi, właściwie jednej zagrody. Smarzowski kilkoma niezwykle celnymi scenami pokazuje różnorakie przejawy zła, nawiedzające kresowe opłotki. Widzimy (i pojmujemy): czym był holocaust, masowe groby, czym różnili się mordercy komunistyczni od hitlerowskich, co motywowało Ukraińców, aby nagle i z tak niepojętym bestialstwem zaatakować swoich sąsiadów. Wszystkie obecne na Wołyniu nacje i wszystkie strony konfliktu (wojsko, partyzanci, banderowcy) w tym filmie zaistniały.

Czujemy, że Smarzowski jest w ocenach bezstronny, dzieli winy sprawiedliwie. Każdy dostaje to, co mu się należy. Nie jest to dzieło antyukraińskie czy patriotyczne. Nie jest to manifest antywojenny. To film pokazujący prawdę, nazywający sprawy po imieniu.

Robi się często Smarzowskiemu zarzut, że lubuje się w okrucieństwach. W „Wołyniu” mamy wiele tortur i okaleczonych ciał; jest rozrywanie końmi, podpalanie dzieci, rozpruwanie brzuchów i studnie pełne trupów. Coż, taki Smarzowski jest, nic nie chce zasłaniać. Można zamknąć oczy i na te fragmenty nie patrzeć. Reżyser chce nam przede wszystkim pokazać „jak było”. A tak właśnie było.

Czy w „Wołyniu” są jakieś braki? Obraz nie zdobył przecież Złotych Orłów, ustępując miejsca „Ostatniej Rodzinie”, skądinąd również znakomitej.

Jedną z naczelnych zasad dramaturgii jest pokazywanie głównego bohatera w działaniu. Nie może on tylko biernie poddawać się zdarzeniom, bezwładnie przyjmować kuksańców od losu. W pewnym momencie reaguje, chce coś zdobyć, ocalić, zmienić. Ma cel. Dlatego postać taką nazywamy „bohaterem”. Dotyczy to nie tylko fabuł rodem z Hollywood, ale wszelkich opowieści bez wyjątku: z Antygoną, Makbetem i Wokulskim włącznie.

Indianin uciekający przed pościgiem w „Apocalypto” Mela Gibsona, w pewnym momencie zawraca, by samemu rozpocząć polowanie na swoich prześladowców. Władysław Szpilman w „Pianiście” Romana Polańskiego używa całego swojego talentu i sprytu, aby przeżyć w konającej Warszawie. Guido z „Życie jest piękne” Roberto Benigniego wmawia swojemu synkowi, że nie trafili do obozu koncentracyjnego, tylko na wymyślny plac zabaw, gdzie do wygrania jest czołg.

Zosia Skiba (Michalina Łabacz) jest cały czas bezwolna, tylko poddaje się zdarzeniom. Gdy ojciec decyduje o jej ślubie z sołtysem – wychodzi za mąż, mimo że kocha innego. Gdy palą jej dom – łapie dziecko i ucieka przez okno. Gdy ją ścigają – chowa się w zbożu lub w lesie. A tak to niańczy dzieci, sieje, młóci, wyprowadza krowy na pastwisko. Nie walczy, nie przewiduje, nie myśli jak przeżyć.

Smarzowski chce nam powiedzieć: patrzcie, gdy nadjadą czołgi, gdy świsną kule, gdy zacznie płonąć dom sąsiada – cierpienie i zgroza zapukają do każdych drzwi, nawet do ludzi najbardziej niewinnych i biernych. Zło nie szuka bohaterów, pożera wszystkich.

Ta decyzja reżyserska sprawia, że tło wydarzeń wysuwa się na plan pierwszy. Zosia staje się przezroczysta, mimo że wciąż widzimy ją na ekranie. Obraz, jaki pojawia się za nią, jest jednak na tyle przejmujący, że grzechem jest nie iść do kina. Jak górnolotnie by to nie zabrzmiało: woła o to Wołyń. Jego tragiczna historia. Jego groby.

Leszek Wejcman